8 listopada 2017

Książki dla dzieci, które warto znać- bo Ulica Czereśniowa musi być osobną kategorią


Wyobraźcie sobie książkę bez ani jednego słowa. Są w niej za to sympatyczni mieszkańcy pewnej ulicy, których przygody możemy śledzić w kilku porach roku, ba, możemy snuć opowieści o ich życiu godzinami! Jak to? Tak właśnie wygląda seria zatytułowana "Ulica Czereśniowa" Rotraut Susanne Berner składająca się z czterech części podzielonych na pory roku i jedną dodatkową, zatytułowaną "Noc na ulicy Czereśniowej".  Pamiętam, jak poleciła mi ją koleżanka blogerka, mówiąc, że jej synek uwielbia tą serię, my byłyśmy wtedy na etapie fascynacji "Rokiem w lesie", która wydana jest w podobnej formie, więc kliknełam i kupiłam dwie książki czereśniowe. Jak tylko przyszły, Zoja zakochała się w nich, wiedziałam, że musimy mieć kolejne części. W tej chwili brakuje nam jednej-LATA, na dniach dołączy do naszego zbioru, a dziś chcę Wam pokazać jak te fantastycznie budujące wyobraźnię u dzieci książki wyglądają i zachęcić Was, aby trafiły do Waszych domów. 
Zacznę od tego, że książki wydane są na dużych, kartonowych stronach, obfitujących w pełne szczegółów obrazki. Na poszczególnych stronach poznajemy bohaterów pewnego miasteczka, oraz samo miasteczko. Zmieniają się pory roku i czynności, oraz zadania naszych postaci. Na jednej stronie znajduje się masa szczegółów, obiecuję, że na jedną książkę możecie poświęcić kilka godzin, choć stron w danej książce jest czternaście! 

Seria rozpoczyna się wiosną "Wiosna na ulicy Czereśniowej", gdy miasteczko i natura budzą się do życia. Drzewa się zielenią, kwitną kwiaty, mieszkańcy miasteczka rozpoczynają wiosenne, generalne porządki, szykują się także do Świąt Wielkanocnych. Każda strona pokazuje inne miejsce w mieście: dom na ulicy Czereśniowej, w której mieszka większość naszych bohaterów, stacje benzynową, dworzec, centrum handlowe, dom kultury, rynek oraz park.


























Kolejną częścią w serii jest "Lato na ulicy Czereśniowej, której nam brakuje, ale pojawiła się dodatkowa pozycja "Noc na ulicy Czereśniowej". Historie w tej części również toczą się latem, wieczorową, bardzo późną porą. Są przyjezdni na dworcu, jest oglądanie gwiazd, ale jest także złodziej, który krąży w okolicy! Na szczęście czuwa policja, całość kończy się w parku na nocnym festynie:)



























Jesienią mieszkańcy Czereśniowej kupują dynie,  miasteczko pokrywa się kolorowymi liśćmi, które spadają z drzew i szeleszczą pod nogami, a dzieci cieszą się nowo otwartym przedszkolem w okolicy, z tego powodu zorganizowana jest dla mieszkańców parada lampionów, jest kolorowo i wesoło.
Po jesieni czas oczywiście na zimę i Święta. "Zima na ulicy Czereśniowej" obfituje w śnieżne bitwy na kulki, lepienie bałwana, jazdę na sankach oraz oczywiście kupowanie prezentów. Wszyscy szykują się na Boże Narodzenie i wyczekują Mikołaja, czas umila im bożonarodzeniowy festyn na rynku czy jazda na łyżwach na jeziorze w parku.

























Jak widzicie na obrazkach, to tylko kilka stron, a szczegółów jest po prostu mnóstwo! Używając swojej wyobraźni, możemy opowiadać dziecku kilka historii, dodając nowe wątki przy kolejnym oglądaniu książki. Uwierzcie, inspiracji do opowieści Wam z Czereśniową nie zabraknie! Do tego samo wydanie na twardych kartkach sprawi, że książka będzie odpowiednia nawet dla najmniejszych rączek. Seria wydana jest przez wydawnictwo Dwie Siostry, jedna część kosztuje około 30-35 zł, w zależności od księgarni, przeznaczona jest wg wydawnictwa dla dzieci od lat 3, u nas w użyciu jest odkąd Zoja miała rok. Nie traci na ważności:)

Znacie tą serię? Z ciekawostek napiszę Wam, że Ulica Czereśniowa jest prawdziwym bestsellerem, na całym świecie sprzedała się w milionach egzemplarzy, wydana jest w 15 krajach. I jak? Kupujecie? :)

5 listopada 2017

Najlepsze kosmetyki pażdziernika































No to mamy listopad. Czy ktoś lubi ten miesiąc? Dla mnie na równi ze styczniem to najmniej lubiany miesiąc w roku, brrr. Ciemno, szaro, ponuro i zimno. Dlatego oficjalnie zaczęłam już odliczać do grudnia, w tym roku świąteczna gorączka zdecydowanie mnie nie ominie:) Lista prezentów już prawie domknięta, dopisuję ostatnie pomysły w notatniku. Tą szarugę za oknem trzeba sobie w końcu jakoś umilić. Do tego planowanie zmian, które mam nadzieję, że w niedługiej przyszłości zagoszczą w naszym życiu urozmaicają naszą tegoroczną jesień. Ale o tym niebawem!

W październiku pojawiło się u mnie kilka nowości w kosmetyczce. Cztery z nich pojawiają się w dzisiejszym poście, wszystkie cztery kosmetyki naprawdę udane. Bierzcie herbatę lub gorące kakao i chodźcie poczytać!

L'occitane krem do stóp z masłem shea to chyba mój faworyt z dzisiejszego zbioru. Po raz, że jesienią uwielbiam smarować stopy (jakiś dziwny fetysz;)), po dwa ten krem obłędnie pachnie, po trzy naprawdę świetnie nawilża stopy i suchą skórę. W składzie znajdziemy między innymi masło shea, które genialnie nawilża i natłuszcza, olejek z lawendy, który działa antyseptycznie i oczyszczająco oraz przeciwzapalny wyciąg z arniki, który redukuje podrażnienia i zaczerwienia. Jest tu też olejek z mięty, który koi i delikatnie chłodzi zmęczone stopy, choć efekt chłodzenia nie jest tu mocno wyczuwalny. Sama konsystencja kremu jest bajkowa-puszysta, treściwa, masaż stóp tym kremem to wspaniały relaks. No i ten zapach-uwielbiam! Stopy przy regularnym stosowaniu są miękkie, nawilżone i gładkie. Duża tuba, bo aż 150 ml wystarczy Wam na całą jesień! Bardzo polecam. 

Vichy mineralny antyperspirant  to nowość w szeregach marki. Od zawsze moim ulubieńcem był antyperspirant tej marki, z zieloną nakrętką, produkt chyba już kultowy. Genialnie chronił przed nadmiernym poceniem, był w stu procentach skuteczny. Ale skład nie należał niestety do najlepszych. Marka wyszła naprzeciw oczekiwaniom klientek i stworzyła równie skuteczny kosmetyk, ale bez szkodliwego aluminium w składzie. Równie pięknie pachnie, równie genialnie chroni przed poceniem, jest równie wydajny. Dla mnie bomba, jeżeli szukacie czegoś do wrażliwej skóry, ale czegoś, co faktycznie ochroni Was przed potem, koniecznie po niego sięgnijcie. Do kupienia w aptekach.

Botanicals wzmacniające serum do włosów z kolendrą trafiło do mnie z początkiem jesieni zupełnie przypadkiem, ale sprawdza sie naprawdę rewelacyjnie, jest to pierwszy drogeryjny produkt do włosów w mojej pielęgnacji od dłuższego czasu. Jakże udany! Wcieram go w umyte, wilgotne włosy, kilka kropelek zupełnie wystarczy na włosy średniej długości. Sama konsystencja produktu jest bardzo lekka, jak woda o białym zabarwieniu, ale niech Was to nie zmyli! Świetnie wygładza włosy, nie obciążając ich przy tym, ułatwia roczesywanie, sprawia, że włosy są sypkie, podatne na układanie. Do tego zapach-rewelacja, no pachnie wspaniale! Szukajcie w Rossmannach!

Purite ujędrniające masło do ciała After Sun, można powiedzieć, że stosowane u mnie po opalaniu, w końcu jesień jest zaraz po wakacjach:) Ale nawet, jeżeli w te wakacje Wasza skóra nie uświadczyła zbyt wiele promieni słonecznych, a macie skórę suchą, wrażliwą, wymagającą ujędrnienia, to kosmetyk ten będzie strzałem w dziesiątkę. Bardzo treściwe, zostawiające na ciele natłuszczającą warstwę (stosuję je dlatego po wieczornym prysznicu), pięknie pachnące kakao. W składzie same selektywne rarytasy: masło kakaowe (stąd zapach), masło karite, olej kokosowy, olej ze słodkich migdałów, olej arganowy, wyciąg z aloesu oraz witamina E. Tylko tyle, albo aż tyle. Działa idealnie, regeneruje skórę, naprawia ją, wspaniale wygładza i ujędrnia. Można stosować go nawet na bardzo wrażliwą skórę, także u kobiet w ciąży, świetnie będzie wspierał walkę przed rozstępami. Dla mnie wspaniały, myślę, że do pierwszych, ciepłych dni będziemy nierozłączni. Do kupienia m.in. na stronie producenta.

I to wszyscy moi ulubieńcy minionego miesiąca. Każdy z osobna polecam bardzo, także jestem pewna, że jeśli wypróbujecie, będziecie równie zadowoleni jak ja:) 

Migawki Października


1. Fajna książka dla wszystkich interesujących się fotografią. 2. Seaside girl. 3. Człowiek i morze. 4. Morze jesienią. 


5. Jedyna. 6. Think green. 7. Jesienne zajęcia. 8. Her world.


9. Raz jeszcze:) 10. Taka poważna. 11. Domowe historie. 12. Migdałowa jesień z L'occitane.


13. Dyniowe babeczki z musem śliwkowym, pieczenie jesienią to największa przyjemność. 14. Pikantny krem z kukurydzy rozgrzeje w pierwsze, chłodne dni. 15. Wybieramy słodkości do pieczenia. 16. Domowa pizza najlepsza.


17. Nowa seria do wrażliwej skóry głowy Insight. 18. Kupiłam tylko dla zdjęć Tadeusza Rolke, love. 19. Ulubieniec jesieni do włosów. 20. Ostatnie lody w sezonie.


21. Tata. 22. Fall. 23. Anioł. 24. Zaczynamy świąteczny klimat.

30 października 2017

Książki dla dzieci, które warto znać-pierwsze encyklopedie i nauka mówienia, nasze hity.

























Od wielu miesięcy dostaję od Was regularnie wiadomości, maile, komentarze z prośbą o pokazanie naszych ulubionych książeczek dla dzieci. Zoja ma dwa lata, ale książki są obecne w jej życiu naprawdę od samego początku, co poskutkowało tym, że książki uwielbia do tej pory, przybywa ich u nas na półce regularnie, a Mała sporą część dnia spędza właśnie przeglądając książeczki sama, lub ze mną, co oczywiście w tej chwili jest tą preferowaną formą:) Nie narzekam, sama od dziecka książki uwielbiam, więc lubię ten czas spędzany z nią w takiej formie. Do wyboru książek staram się jednak podchodzić bardzo selektywnie, nie kupuję wszystkiego jak leci, sprawdzam na innych blogach, w internecie czy księgarniach opinie, merytoryczną część książek jak i oczywiście ilustracje, które grają w książeczkach dla dzieci pierwsze skrzypce. Mimo to, nazbierało się ich u nas już sporo, dlatego nie jestem w stanie pokazać i opisać wszystkiego w jednym poście, stąd pomysł, aby tego typu wpisy podzielić na kilka części, oraz myślę, że na blogu zaczną pojawiać się też posty z sekcji dziecięcej, w końcu w tej chwili ta sfera mojego życia zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce:) 

Dlatego dzisiejszym wpisem otwieram serię książeczek dla dzieci i dziś chciałam Wam pokazać pięć pozycji, które można powiedzieć są trochę bardziej edukacyjne, niż zwykłe opowiadania czy bajki. Nie tracą jednak na atrakcyjności dla dzieciaków, ba, są przez nie uwielbiane!

























Seria Pierwsza Encyklopedia przeznaczona jest dla przedszkolaków, u nas w użyciu od ponad pół roku. W skład serii wchodzi naprawdę wiele tytułów, można zakupić serię o piłce nożnej, o wsi, dinozaurach czy pojazdach. My zaczęliśmy od serii "Ciało Człowieka", która tak przypadła Zoi do gustu, że dołączyły do niej kolejne dwie części, ale o nich za chwilę. Czym wyróżnia się seria Pierwsza Encyklopedia? Znajdują się w niej naprawdę bardzo szczegółowe i rzetelne informacje z poszczególnych sfer, ale także piękne obrazki i krótkie, proste opisy i słowa, które nawet najmniejsze dziecko jest w stanie zapamiętać i zrozumieć. 




























Każda strona podzielona jest na inny dział, obrazki są bardzo przejrzyste, mimo to, iż jest ich na stronie sporo, potrafią skupić uwagę dziecka na dłużej. Wierzcie mi, że i rodzice wiele z tych książeczek wyciągną, czy wiecie dokładnie jak wygląda trawienie, lub co dzieje się w mózgu po zjedzeniu obiadu?:) To zdecydowanie moja ulubiona część, wiedza tu zawarta jest ogromna, ale przedstawiona bardzo przystępnie, rzeczowo i obrazowo. 

Jako, że Zoja przeżywała swojego czasu fascynację bajką Strażak Sam, kolejną częścią Encyklopedii, jaką kupiłam, była "Straż Pożarna". Tu dowiemy się wszystkiego o pracy strażaka, jaki ubiór do pracy strażaka jest niezbędny, co robić aby zostać strażakiem, a także zwiedzimy i poznamy remizę oraz 23wóz strażacki:)




























Ostatnią, trzecią częścią z serii Mała Encyklopedia, którą posiadamy jest "Mój Dzień". Tu zbiór wiedzy jest naprawdę ogólny, znajdziemy tu zabawę, posiłki, aktywność codzienną, która pomaga wyszykować się do przedszkola czy szkoły, w książce przedstawione są dzieci różnych nacji. Dla mnie pozycja podstawowa i obowiązkowa. Ilustracje podobne są bardzo do tych w części "Ciało Człowieka".  Całość ukazała się wydawnictwem Wilga, w internecie możecie znaleźć je już od 18 zł za sztukę, bardzo polecam, pięknie wydane, na porządnym papierze, ogromna wiedza i frajda z nauki nawet dla tych najmłodszych dzieci, no nie ma się do czego przyczepić!

Czy jest tu ktoś, kto nie zna Pucia? :) To chyba najbardziej uwielbiana przez maluchy i rodziców w Polsce seria książeczek do nauki mowy. Pierwsza część była tak popularna, że siłą rzeczy pojawienie się drugiej było kwestią czasu. No i są, dwie częśći, wydane na twardych, kartonowych stronach, bezpieczne nawet w najmniejszych rączkach. 

























"Pucio uczy się mówić" to pierwsza z dwóch części. Tu naprawdę maluszki uczą się mówić, poprzez naśladowanie dźwięków, czy używanie samogłosek, najczęściej towarzyszących w pierwszych momentach rozwoju nauki mowy u niemowląt. Dziecko dowie się jaki dźwięk wydaje dzwoniący telefon, pukanie do drzwi, jak robi piesek czy kot. Całość okraszona jest sympatyczną rodzinką chłopca o imieniu Pucio, która naturalnie pojawia się także w drugiej części. 




























W drugiej części "Pucio mówi pierwsze słowa" Pucio chodzi już do przedszkola i uczy się mówić, robić zakupy z mamą, chodzi na basen ,a także obchodzi urodziny. Ilustracje są piękne, duże, poszczególne wyrazy są wyodrębnione dodatkowymi ilustracjami, naprawdę, Zoja chłonęła te książki maksymalnie, bardzo dużo z nich wyniosła, do tej pory zresztą lubimy do nich wracać.
Książkę stworzyła logopeda dr n.hum Marta Galewska-Kustra, na codzień pracująca z dziećmi borykającymi się z opoźnieniem nauki mowy, w internecie znajdziecie ją już od ok 25 zł. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich najmłodszych czytelników.



























W tej części to wszystko co chciałam Wam pokazać, w kolejnej widzimy się niebawem! Jestem ciekawa, czy znacie te pozycje? Wasze dzieci je lubią? No i oczywiście czekam na wszystkie komentarze od mam z polecanymi tytułami!:)

PS. Jest to pierwszy wpis tego typu na blogu, więc wszelkie uwagi, prośby, są mile widziane! Czekam na Wasze wiadomości:)

9 października 2017

Ulubione kosmetyki września






























Dawno nie było ulubieńców składających się tylko z polskich produktów, ale dziś właśnie z takimi do Was przychodzę i wierzcie mi na słowo, warto o nich poczytać. To zadziwiające, jak polski rynek rozwinął się pod względem produkcji kosmetyków naturalnych, które nie tylko mają przystępne ceny, są faktycznie w pełni wykonane z najlepszych jakościowo składników naturalnych i przede wszystkim, po prostu genialnie działają. Od długiego już czasu jak pomyślę, nie korzystam z pielęgnacji importowanej, choć oczywiście i w takowej mam swoich ulubieńców. Ale to te rodzime kosmetyki wiodą prym w mojej codzienności i dobrze, bo moja skóra ma się dzięki nim naprawdę w porządku. 

Ministerstwo Dobrego Mydła od dłuższego już czasu ma w swojej ofercie hydrolaty, ale wcześniej nie miałam okazji ich wypróbować. Dzięku uprzejmości marki od ponad miesiąca mam przyjemność stosować ich hydrolat różany. Co to jest za produkt! Hydrolaty powstają podczas destylacji części lub całości roślin parą wodną, zatrzymują substancje aktywne z roślin, czyli jednym słowem są to wodne wyciągi kwiatowo/ziołowe. Ekologiczny hydrolat z róży damasceńskiej w aplikatorze stosuję po umyciu twarzy co rano, po czym nakładam kolejny krok w pielęgnacji. Cudownie odświeża, tonizuje skórę, nawilża i działa antyseptycznie, łagodzi podrażnienia, dba o skórę suchą i wrażliwą, także tą naczynkową, świetnie łagodzi obrzęki oczu. Do tego oczywiście pięknie pachnie różami i jest to zapach uwierzcie w pełni naturalny, nie żaden syntetyczny odurzacz. Wygodny atomizer ułatwia i uprzyjemnia stosowanie produktu, więc ja aplikuję go bezpośrednio na twarz rozpylając delikatną mgiełkę, ale można nim oczywiście przemywać twarz używając w tym celu wacików. Ogromnie polecam, perełka! 

Iossi Rozświetlające Serum do Twarzy to kolejny krok w mojej dziennej pielęgnacji. Co ważne, nakładamy je na lekko zwilżoną twarz, w moim przypadku zaraz po aplikacji wyżej wymienionego hydrolatu z MDM wmasowuję dosłownie dwie kropelki tego serum. Serum w postaci olejku, wzbogacone o olej z dzikiej róży, olejek z geranium, olejek cyprysowy oraz skwalan, za zadanie ma uszczelnić i wzmocnić naczynia krwionośne, poprawić kondycję skóry i jej koloryt, wygładzić, nawilżyć i zregenerować skórę. I słuchajcie, naprawdę tak jest! Te dwie kropelki (w zupełności wystarczają na całą twarz!) naniesione na skórę co rano, szybko się wchłaniają nie pozostawiając na skórze tłustego filmu, idealnie współgrają z każdym makijażem, odprężają skórę, która od razu po nałożeniu na niej serum jest złagodzona i odprężona, odczuwa ulgę. Mam skórę suchą i wrażliwą i na niej sprawdza się genialnie! Zaznaczam, że serum jest bardzo wydajne. Polecam każdemu, produkt wyjątkowy. 

Iossi Witaminowy Koktajl pod Oczy to kolejny produkt naszej rodzimej firmy, tym razem z przeznaczeniem do użycia w pielęgnacji wieczornej. Niech nie zmyli Was nazwa pod oczy, śmiało można stosować ten koktajl na całą twarz i tak też przez ostatni miesiąc z powodzeniem robiłam. Podobnie jak w przypadku Rozświetlającego Serum tej samej marki, Witaminowy Koktajl nakładam na lekko wilgotną skórę. I podobnie jak w przypadku poprzednika, tu też na całą twarz wystarczą dwie krople. Koktajl w składzie posiada retinol, który działa przeciwzmarszkowo, dodatek olejów z pestek cytryny oraz herbacianego, które działają zmiękczająco na skórę, oraz witaminy C i E, które regenerują skórę, działają przeciwutleniająco, wzmacniają. Serum jest w postaci olejku, ale znowu, nie ma tu mowy o obciążeniu czy zapachaniu skóry, ale pamiętajmy, aby nakładać ilość podaną przez producenta, nie ma potrzeby nakładać więcej produktu niż zalecane, bo to może właśnie spowodować skutek odwrotny od zamierzonego. Koktajl przepięknie pachnie, sama aplikacja w sekundzie poprawia samopoczucie i relaksuje. Skóra po miesiącu stosowania jest gładka, wszystkie niedoskonałości skóry schodzą, skóra jest idealnie nawilżona. Gdy nakładam go na twarz, mogę Wam powiedzieć, że odczuwam natychmiastową ulgę, moja sucha i ściągnięta skóra odzyskuje komfort i ukojenie. Rewelacyjny produkt i powtórzę się, wydajność jest genialna, natomiast produkt po otwarciu ważny jest przez cztery miesiące. 

Mokosh Odżywczy Eliksir do ciała Żurawina to ostatni dziś produkt polski, ale przeznaczony do pielęgnacji ciała. Butelka z ciemnego szkła wyposażona jest w aplikator z pipetą dla wygodnego stosowania olejku. W sezonie jesienno zimowym uwielbiam olejowe produkty do ciała, po wieczornej kąpieli są idealne aby ukoić, nawilżyć i zregenerować skórę. Mokosh nie tylko serwuje nam genialny skład, który bazuje na oleju z kiełków pszenicy, oleju z pestek żurawiny, oleju z marchewki i arganowym, ale także na przepięknym zapachu słodkiej żurawiny, który jeszcze rano wyczuwalny jest na ciele. Eliksir wygładza skórę, regeneruje ją, działa przeciwrodnikowo i przeciwzapalnie, uelastycznia i wzmacnia skórę. Nakładam go jeszcze na wilgotną skórę wmasowując w całe ciało, skóra przy regularnym stosowaniu jest gładka, nawilżona, elastyczna. Przez samo opakowanie i ten zapach ma się wrażenie stosowania ekskluzywnego kosmetyku. Nawet jeśli nie jesteście fankami tego typu olejowych kosmetyków, polecam, na jesienną chandrę ten eliksir zdziała cuda:)

I to wszyscy ulubieńcy minionego miesiąca, mam nadzieję, że zaciekawiłam Was tymi produktami. Wszystkie do kupienia są na stronach producentów, bardzo polecam!




2 października 2017

Migawki września


1. Niedzielne śniadania. 2. Jesienne zakupy. 3. Nowy model zegarka Daniel Wellington. 4. Petite Ashfield.


5. Pamiętam było lato... 6. Poranne niezbędniki. 7. Przerwa. 8. Działkowe.


9. Wybory Agnieszki Maciąg z L'occitane już u mnie. 10. Nowość na rynku wydawniczym, wszystko o kawie! 11. W Raju z Ewą, Poznań. 12. Za nowe.


13.Najlepsze kremy do rąk od Phenome. 14. pierścionki Modstones, love! 15. Jej. 16. Coffee. 


17. Szakszuka-nasze ulubione śniadanie. 18. Pulpeciki z dorsza na jesienną pluchę. 19. Dyniowa-sezonowo. 20. Jesienne ze śliwkami.


21. Shade of blue. 22. Zdecydowanie gotowa na basen. 23. Artystka. 24. Stylizacja by Z.

17 września 2017

Cudowny żel do mycia twarzy czyli 3.3 Good Morning Face! od Fridge




























Jak to jest z tymi produktami do mycia twarzy? Jedni zupełnie nie zaprzątają sobie głowy tym, jakim mydłem, żelem czy pianką umyją twarz ( patrz faceci!), inni skrupulatnie przykładają uwagę do składu tego typu kosmetyku ( patrz ja ), a jeszcze inni wybierają owszem produkty przeznaczone do twarzy, ale kierują się raczej ceną lub ulubioną firmą. Dlaczego ja tak bardzo przykładam się do wyboru kosmetyku do mycia twarzy? Ano dlatego, iż skóra na mojej twarzy jest wybitnie wrażliwa i ma tendencje do mocnego przesuszania się, zwłaszcza w okresie zimowym. W związku z tym skład to u mnie pierwsze skrzypce w tym przypadku, a ponieważ twarz myję z reguły dwa razy dziennie, to skład ten musi być nienaganny. 
Nasza rodzima firma Fridge, produkująca świeże, o rewelacyjnym składzie kosmetyki, wypuściła niedawno na rynek nowy produkt, pierwszy w ich ofercie żel do mycia twarzy 3.3 Good Morning Face! Fanką firmy jestem ogromną, przyznać muszę, że ich kosmetyki są świetne, więc i żel musiałam na własnej twarzy przetestować. Nie zawiodłam się po raz wtóry, ale o tym poniżej:)
Skład żelu bazuje na dwóch wyjątkowych ekstraktach, pierwszy, z zielonej herbaty, który działać ma regenerująco i tonizująco na skórę oraz hamować ma stany zapalne skóry i drugi ekstrakt z żeńszenia, który za zadanie ma poprawić ukrwienie skóry oraz wpływać na jej odnowę. W składzie znajdziemy też olejki eteryczne, pomarańczowy oraz miętowy i ta właśnie kombinacja sprawia, że żel przepięknie, orzeźwiająco pachnie. Sam żel po otwarciu ważny jest przez 6 miesięcy, nie trzeba go przechowywać w lodówce, jak większość produktów tej firmy, jest w stu procentach naturalny, wegański i nie jest testowany na zwierzętach. Jest bardzo wydajny! Stosuję go od początku sierpnia i zużyłam około pół opakowania, stosując go, przypominam, dwa razy dziennie, do porannego mycia twarzy, oraz jako trzeci krok demakijażu w porze wieczornej. Już po nałożeniu na dłonie czuć, jak bardzo delikatną ma konsystencję! Niemniej, skórę oczyszcza wzorowo, a po zmyciu nie pozostawia żadnego uczucia ściągnięcia, podrażnienia. Skóra jest gładka, delikatnie napięta, świeża, gotowa na przyjęcie kolejnych kroków pielęgnacji. Dla mnie po prostu produkt idealny, dlatego też, jeżeli macie skórę wrażliwą, suchą, źle tolerującą większość produktów do mycia twarzy, koniecznie spróbójcie 3.3 Fridge. Od siebie ogromnie polecam! 

Macie swoje ulubione kosmetyki do mycia twarzy, czy jesteście raczej w tej grupie, która raczej swobodnie podchodzi do wyboru tego typu kosmetyku?:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...