2 kwietnia 2017

Migawki marca

 1. Wiosna w domu. 2. Tak, to ona. 3. Nowe od Alba1913. 4. Coffee o'clock.
 5. Carbonara z tunczykiem-uzaleznienie. 6. Domowa smakuje zawsze najlepiej. 7. Jabecznik po wlosku. 8. No uwielbiam.
9. Books lover. 10. #molksiazkowy 11. Zabawa. 12. I spanie.
13. 14. 15. Wiosna w outfitach

30 marca 2017

Regenerujący krem dyniowy Fridge 4.4 Face The Green































Ostatnie miesiące były bardzo trudne dla mojej cery. Pociążowe zmiany hormonalne sprawiały, że typ mojej cery zmieniał się praktycznie z tygodnia na tydzień, co uniemożliwiało mi dobranie sobie odpowiedniej pielęgnacji, a ta, która wydawała się być idealnie dopasowana przed ciążą, zupełnie przestała się sprawdzać. Po wszystkich tych przygodach z różnymi kremami, zdaje się, że trafiłam w tej chwili w dziesiątkę, a i moja skóra zdecydowanie uspokoiła się i wróciła do siebie. Z kremu, o kórym dziś będzie mowa jestem tak zadowolona, że zasłużył zdecydowanie na to, aby pojawić się na blogu w tym osobnym wpisie. 

4.4 Face the Green naszej polskiej marki Fridge by yDe to świeży krem regenerujący, nazywany też dyniowym, przeznaczony do skór normalnych, suchych. Świeży dlatego, iż zawiera tylko specjalnie wyselekcjonowane, naturalne i organiczne składniki roślinne, nie zawiera za to żadnych konserwantów czy alkoholu, dlatego przechowujemy go w lodówce, a zużyć musimy go w ciągu 2,5 miesiąca od daty produkcji. O marce Fridge na blogu wspominałam już nie raz, dla osób, które jeszcze jej nie poznały, zapraszam na stronę producenta, tam dowiecie się o całej filozofii świeżości marki. Krem zapakowany jest w szklany słoiczek o pojemności 30 gramów. Myślę, że jak na termin, w którym musimy go zużyć, jest to odpowiednia ilość, tym bardziej, że krem jest bardzo wydajny. Po odkręceniu słoiczka ukazuje się naszym oczom pistacjowy mus. Kolor krem zawdzięcza zimnotłoczonemu olejowi z pestek dyni, który bardzo bogaty w wielonasycone kwasy tłuszczowe dba o to, aby uszczelniać naturalną barierę naskórkową. Wspaniała, piankowa konsystencja kremu, wydaje się być idealnie lekka, cudownie rozprowadza się na twarzy, nie roluje się, wchłania się bardzo szybko, pozostawiając na twarzy wspaniały komfort ukojenia i nawilżenia. Dzięki tej nietypowej konsystencji, krem nie obciąża skóry, idealnie współgra z każdym makijażem, nie wzmaga przetłuszczania cery, ale za to idealnie ją nawilża przez cały dzień, ba, nawilża skórę tak dobrze, że nawet na koniec dnia, po demakijażu moja sucha obecnie skóra nie odczuwa ściągnięcia czy dyskomfortu. Olej z pestek dyni jest bogaty w fitosterole, które odtwarzają ochronną barierę hydrolipidową, a spora obecność skwalenu w kremie stymuluje przenikanie substancji lipidowych przez naskórek i zapewnia regenerację. Za działanie kojące kremu odpowiada z kolei ekstrakt glicerynowy z lnu. Uwierzcie, że to ukojenie czuć natychmiast po posmarowaniu tym kremem twarzy, dosłownie otula się i wycisza, sprawia, że cera jest gładka, nabiera zdrowego kolorytu, jest miękka, elastyczna i odżywiona. Jeżeli chodzi o zapach kremu, jest bardzo delikatny i subtelny, nie podrażni wrażliwych nosów, spełni na pewno wymagania tych wymagających. Ja określiłabym ten zapach jako zielony, po prostu, pachnie świeżością:)

Krem kupić możemy w sklepie online marki. kosztuje 187zł za wspomniane 30 gramów. Jest to wysoka kwota, ale jeżeli Wasza cera jest kapryśna, potrzebuje czegoś co naprawdę ją naprawi, zregeneruje, naprawi, a do tego nie zapcha jej i nie podrażni agresywnym składem, to polecam, skorzystajcie z dobrodziejstwa 4.4, nie zawiedziecie się. 


20 marca 2017

Alba 1913- polska marka z historią!































Polskich firm, produkujących naprawdę dobre, naturalne kosmetyki w naszym kraju jest kilka. Kilka z nich pojawiało się już u mnie na blogu, o każdej wypowiadałam się w superlatywach, chwaląc kosmetyki i zachęcając Was do ich wypróbowania. Nie inaczej będzie dziś. Z małym wyjątkiem. Marka, o której dziś Wam napiszę i przedstawię, jest marką z historią i to nie byle jaką, bo sięgającą roku 1913. Kosmetyki marki Alba 1913, bo o nich dziś będzie mowa, są w pełni naturalne, firma nazywa swoje kosmetyki galenicznymi, co oznacza, że mają działać nie tylko pielęgnacyjnie, ale leczniczo, wykorzystując moc olejków eterycznych w swoim składzie. Szczerze Wam napiszę i uwierzcie mi teraz na słowo, dawno, ale to naprawdę dawno kosmetyki mnie tak nie oczarowały, jak właśnie te!

W 1913 roku powstaje laboratorium w Poznaniu, w którym Mieczysław Rychlicki, zaraz po zakończeniu studiów w Berlinie, zatrudnia się i staje prawą ręką właściciela, od którego po latach odkupuje wszystkie udziały. Mimo wojny i komunistycznego wywłaszczenia, udaje mu się ocalić receptury leków i kosmetyków, które stworzył. W 1945 armia radziecka częściowo niszczy budynki Alby, ale już w 1948 roku Mieczysław Rychlicki odbudowuje firmę i wznawia jej działanie. Niestety, w 1952 roku ponownie firma zaprzestaje swojej działalności, władze komunistyczne wywłaszczają budynek Alby, aby produkować w nim zamki do drzwi. Po wielu latach, synowa Mieczysława Rychlickiego, Katarzyna Rychlicka, specjalistka w technologii farmaceutycznej , mieszkająca z mężem i dziećmi we Włoszech, postanawia reaktywować rodzinną firmę. Katarzyna zakłada z początku laboratorium we Włoszech, aby w 1992 roku uruchomić firmę w rodzimym Poznaniu. Od roku 2006 prezesem firmy jest syn Katarzyny Rychlickiej, Łukasz Rychlicki, do którego w roku 2008 dołączył brat Jan Jakub Rychlicki, który pięć lat później został wiceprezesem ds. IT.  Jak widzicie, firma naprawdę przeszła wiele, aby znaleźć się tu, gdzie jest w tej chwili, ale co najważniejsze, zachowała receptury, które pozwoliły jej zaistnieć na rynku. 

W kosmetykach marki tematem przewodnim są olejki eteryczne i fitoterapia. To czuć w każdym ich produkcie i to naprawdę działa!

Miałam przyjemność wypróbować box z bestsellerami marki. Na początku chcę zaznaczyć, że w tej marce wszystko dopięte jest na ostatni guzik, każdy szczegół jest dopracowany, począwszy od opakowań, strony internetowej marki, jak i produktów samych w sobie i ich działaniu. Dla mnie ogromny plus i ogromne wrażenie! W pięknie zaprojektowanym pudełku, znalazłam scrub do ciała, bogate masło do ciała, bogate masło do stóp, krem do zmęczonych nóg, oraz krem do rąk. Masło do ciała, scrub i chłodzący krem do nóg występują w pojemności tzw. Travel Size, które pojedyńczo w tej, jak i w pełnej pojemności można kupić osobno w sklepie online marki. Krem do rąk oraz regenerujący krem do stóp występują tu w pełnej objętości. 
No.11 Cukrowy peeling do ciała cechuje się bardzo drobnymi (ale jakże dobrze ścierającymi!) drobinkami, zatopionymi w oleju sezamowym, kokosowym i olejku grejpfruta. Jest bardzo gęsty i bardzo ładnie wygładza skórę, usuwając z niej martwy naskórek, pozostawiając ją ujędrnioną, bardzo elastyczną i gładką. Po użyciu peelingu nie ma potrzeby nakładania balsamu, scrub pozostawia dość konkretną warstwę ochronną, która idealnie nawilża i regeneruje skórę. Pachnie ziołowo, cytrusowo, bardzo relaksująco! To świetna odmiana od gruboziarnistych, cukrowych scrubów. 
No.2 Odżywcze masło do ciała to mój osobisty hit! Genialnie nawilżające, silnie regenrujące, samo nakładanie tego masła to czysty relaks, a zapach i efekt, jaki daje na skórze, to już po prostu bajka. W składzie między innymi ekstrakt centelli azjatyckiej, który działa ujędrniająco i poprawia koloryt skóry, masło shea, olej kokosowy, olej sezamowy oraz olejek lawendowy i melisowy, które pomagają odprężyć się i zrelaksować. Masło przypomina mi trochę wosk, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, bardzo ładnie się rozprowadza i bardzo ładnie wchłania się w skórę, pozostawiając jednak lekką warstewkę ochronną, dlatego stosuję je raczej wieczorem. Skóra po nim jest bardzo gładka, pięknie nawilżona, nawet po całej nocy czuć, że jest naprawdę zregenerowana. A zapach? Otula, relaksuje i uprzyjemnia całą pielęgnację, dla suchej skóry bomba!
No.6 Galeniczny krem do przemęczonych nóg zostawiam sobie na lato, wiem, żę będzie w tym okresie niezastąpiony. Dzięki ekstraktowi z kasztanowca, cytryny zwyczajnej, ekstraktu nawłoci pospolitej i ekstraktu ruszczyka kolczastego sprawia, że nogi odzyskują lekkość, krem daje świetny efekt chłodzący, który dość długo utrzymuje się na nogach, do tego pięknie pachnie i świetnie przy okazji nawilża skórę. Czuję, że latem będzie hitem u wielu osób:)
No.10 Galeniczny regenerujący krem do stóp to mój kolejny hit po maśle do ciała, bez którego nie wyobrażam sobie wieczornej pielęgnacji. Bardzo odżywcze masło do stóp silnie je nawilża, regeneruje i koi przesuszone pięty, idealnie relaksuje. Rano budzimy się z wygładzoną skórą stóp, nawilżoną i bardzo gładką. W składzie masło kakaowe, olej kokosowy, olejek oregano i tlenek cynku. Zapach jak przy wszystkich kosmetykach Alby, obłędny i bardzo relaksujący. 
No.1 Galeniczny krem do rąk do codziennego użytku gości u mnie już drugi raz. To bardzo lekki w swojej konsystencji krem, który bardzo ładnie nawilża skórę dłoni, szybko się wchłania i pozostawia dłonie gładkie, nawilżone i cudownie pachnące. W składzie ekstrakt z nagietka, masło shea, olej migdałowy i olejek z pomarańczy słodkiej. Świetna pojemność, która idealnie sprawdzi się do torebki. 

Wszystkie te kosmetyki określane są jako galeniczne, we wszystkich znajdziemy olejki eteryczne, które dbają o cudowne zapachy i działanie tych kosmetyków. Po użyciu każdego z nich czujecie się, jak w najlepszym SPA, moim zdaniem te olejki w składzie działają cuda. 
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona efektami tych kosmetyków i mam ochotę na więcej. Jak wieści głoszą, niebawem marka wprowadza na rynek galeniczne nowości do pielęgnacji twarzy. Ja osobiście nie mogę się doczekać!
Całą historię marki oraz ich kosmetyki, w tym box z bestsellerami, możecie znaleźć w sklepie online TU. Bardzo Was zachęcam do poznania tych kosmetyków, nie będziecie żałować.


16 marca 2017

Ulubione kosmetyki lutego






























W tym miesiącu naprawdę spóźnieni, ale są! Ulubieńcy lutego, już Wam ich przedstawiam, bo same tu perełki i same wspaniałości. Po tym jak aparat na chwilę odmówił współpracy, wracam do robienia zdjęć i do postów, oby ten przestój został zażegnany. 
W lutym nie pojawiły się u mnie żadne nowości w kolorówce, także po raz kolejny skupiam się tylko na ulubionej pielęgnacji.

REN Clarimatte Invisible Pores Detox Mask do której wróciłam po dłuższej przerwie. Jak ja uwielbiam tą maskę, no nie ma sobie równych w jej kategorii. To silnie oczyszczająca maseczka do twarzy, która za zadanie ma zmniejszyć rozszerzone pory, oczyścić cerę, rozjaśnić ją i przywrócić jej blask. Przeznaczona jest do skór tłustych, problematycznych, jednak na mojej suchej, nałożona raz w tygodniu, czyni cuda. Skóra po niej jest gładka, czysta, drobne zmiany znikają na dobre, cera jest przyjemnie zmatowiona. Jeżeli lubicie glinkowe maseczki, bardzo ją Wam polecam. Mój numer jeden bez dwóch zdań!

Phenome Enlivening Facial Toner to nowa pozycja wśród toników w mojej pielęgnacji. I jakże udana! Do tej pory moim ukochanym tonikiem był ten łagodzący z firmy Naturativ, jednak postanowiłam wypróbować tonik z oferty naszej rodzimej marki Phenome. Nie zawiodłam się, jak w przypadku większości kosmetyków tej firmy, które miałam okazję dotychczas stosować. Tonik cudownie zmiękcza skórę, odświeża ją, koi i przywraca jej odpowiednie Ph. Cudownie pachnie. I najważniejsze-nawilża skórę jak krem! Butelka wyposażona jest w bardzo wygodny atomizer, można spryskać nim bezpośrednio skórę twarzy, bądź nasączyć nim płatek i przetrzeć twarz. Ja stosuję oba sposoby, oba się sprawdzają. Genialny produkt!

Fridge 4.4 Face the green to kolejna nowość w mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Kolejny bardzo udany debiut, który zostanie ze mną na pewno na dłużej. Zielony (dosłownie!) krem, puszysty jak mus i lekki jak pianka..a nawilża skórę lepiej, niż masło shea! W składzie olej z pestek dyni, skwalen, ekstrakt glicerynowy z lnu. Wszystko to sprawia, że moja sucha skóra jest idealnie zregenerowana, nawilżona przez cały dzień, wygładzona. Pachnie bardzo delikatnie, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry, nie zapycha jej. Idealnie sprawdza się także pod makijaż. No cudo, a do tego tak świeże, że trzymać należy go tylko w lodówce i zużyć w ciągu 2,5 miesięcy. 

Alba1913 Galeniczny regenerujący krem do stóp to moje odkrycie, jak zresztą marka Alba 1913, o której więcej napiszę Wam w kolejnym poście. Krem za zadanie ma silnie odżywić stopy, wygładzić je, nawilżyć i sprawić, że będą miękkie i zadbane. Mało który krem do stóp spełnia moje oczekiwania, ten wstrzelił się w mój gust i moje wymagania w stu procentach. Bardzo silnie nawilża stopy, natłuszcza je, do tego zawartość olejków eterycznych sprawia, że cały proces masażu jest jest ogromną przyjemnością. Plus za mega wydajność, osobiście mój hit. 

Alba1913 Galeniczne odżywcze masło do ciała, kolejny hit z tej polskiej marki. Bazuje na maśle shea oraz olejach, kokosowym i sezamowym, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, który nałożony na skórę, silnie ją nawilża, koi, natłuszcza i regeneruje. Bogaty, pozostawia po sobie ochronną warstwę na ciele, ale uwierzcie mi, warto nałożyć go na noc, aby rano cieszyć się skórą odżywioną, pachnącą, nawilżoną i zregenerowaną. Zapach-cóż, poczujecie się jak w SPA.

Davines MOMO maska regenerująca do włosów suchych to w moim przypadku mus, stosowany raz, dwa razy w tygodniu. Choć z nazwy odżywka, na moich delikatnych i cienkich włosach idealnie sprawdza się w roli maski. Bardzo silnie odżywia suche i zniszczone włosy, wygładza je ale bez efektu obciążenia, sprawia, że łatwo się rozczesują. Bardzo ładnie pachnie, jak chyba wszystkie produkty tej firmy. Naprawdę przyjemny produkt. 

I to wszystkie hity minionego miesiąca. Mam nadzieję, że któryś kosmetyk zwrócił Waszą uwagę i zaciekawiłam Was swoimi wyborami. Dajcie znać w komentarzach, co chętnie byście przetestowali!

1 marca 2017

Migawki Lutego

 1. Szkrab. 2. Święte słowa. 3. Alba1913-odkrycie lutego. 4. Weekend essentials.
 5. Najlepsze śniadania. 6. Matki relaks. 7. Pasta is always good idea. 8. Powtórka.
 9. Czytelnik. 10. Takie poranki! 11. Miłość. 12. Odpocznę.
 13. Opi i ich nowa kolekcja Fiji. 14. Lektura. 15. Spring. 16. Wiosnę już naprawdę czuć.
17.  Domowa pizza najlepsza. 18. Marchewkowe raz. 19. Muffins. 20. Ulubione.

15 lutego 2017

Ulubione kosmetyki stycznia































Jak bardzo się cieszę, że styczeń mam już za sobą. Ba, mamy właściwie połowę lutego, co oznacza, że wiosna jest tuż za rogiem. Osobiście codziennie odliczam do jej nadejścia, ciesząc się z każdego, dłuższego już dnia. W styczniu w mojej pielęgnacji wiele nowego się nie działo, wybrałam tylko cztery kosmetyki z pielęgnacji, które mogę Wam polecić i które umilały mi te zimowe dni. Każdy z nich jest naprawdę godny poznania. To co, zapraszam na wpis:)

Fridge 1.0 znalazł się u mnie pod choinką i mogę w sumie napisać, że był to średnio trafiony prezent, natomiast krem znalazł się w ulubieńcach i już śpieszę wyjaśnić dlaczego. Jest to lekki krem nawilżający, przeznaczony głównie do młodej cery, nie mającej specjalnie problemów. Ja zakwalifikowałabym go także jako świetny, lekki nawilżający krem do cery mieszanej i tłustej. Ale o dziwo, mimo iż nie nawilżył mojej bardzo suchej skóry tak jak powinien (ale nie taka jego rola w tym przypadku) to naprawdę dawał radę i te 3 tygodnie, kiedy go stosowałam udowodnił swoją moc! Na dłuższą metę używać go nie będę, z uwagi właśnie na bardzo wymagającą skórę proszącą o coś bogatszego, ale jeżeli szukacie czegoś w pełni naturalnego, tu nawet świeżego, polskiego, o naprawdę fajnym działaniu nawilżającym, ale nie obciążającym skóry, to polecam, koniecznie sprawdźcie Fridge 1.0, daję głowę, że się nie zawiedziecie!

Pat&Rub w swojej nowej odsłonie wypuścił regenerujący szampon do włosów suchych i farbowanych. Gęsta, żelowa formuła sprawia, że szampon jest bardzo lekki, nie obciąża włosów, ale świetnie je zmiękcza, sprawia, że są lekkie, nawilżone i doskonale się rozczesują. Przy w pełni naturalnym składzie, mimo to, iż nie posiada drażniących substancji myjących, bardzo dobrze się pieni i oczyszcza włosy. Pachnie świeżo, lekko cytrusowo, z nutą żurawiny, jest delikatny, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry głowy, nie powoduje żadnego dyskomfortu. Stosuję go dwa-trzy razy w tygodniu, aby odżywić włosy i jestem bardzo na tak. 

Bioderma i ich samoopalacz w spray'u pojawia się na blogu już któryś raz. Nie bez powodu. To właśnie w styczniu, kiedy wakacyjna opalenizna znika już na dobre, a pragnienie wiosny jest tak silne, że śnię o plażach i słońcu niemal codziennie, sięgam po produkty opalające. Jest to jedyny samoopalacz, który nie posiada nieprzyjemnego, charakterystycznego zapachu dla tego typu produktów! Do tego jego aplikacja jest bajecznie prosta (typu air brush), efekt opalenizny można stopniować, nie powoduje żadnych plam czy smug i praktycznie natychmiast po aplikacji możemy się ubrać, na skórze nie jest wyczuwalny żaden filtr. Opalenizna jest delikatna, w bardzo ładnym, naturalnym odcieniu. Ja osobiście uwielbiam i polecam każdej fance skóry muśniętej słońcem;) 

Naturativ ze swoim otulającym olejkiem do ciała o zapachu cytryny, wanilii i karmelu, to także nieodłączny element mojej zimowej pielęgnacji. Mogę otwarcie powiedzieć, że od tego zapachu jestem po prostu uzależniona, a bez pielęgnacji olejkami nie wyobrażam sobie zimowych rytuałów dbania o swoje ciało. W pełni naturalny skład, polska firma, świetne działanie. Wmasowuję go po wieczornej kąpieli w jeszcze wilgotne ciało i delikatnie osuszam skórę ręcznikiem. Efekt? Skóra jest nawilżona, elastyczna, wygładzona i cudownie pachnąca ( z tym zapachem nie żartuję powinnam mieć perfumy o takiej nucie;). Plus za opakowanie z pompką, wspaniała wygoda!

I to wszyscy moi ulubieńcy stycznia:) Mam nadzieję, że któryś z kosmetyków Was zaciekawił i będziecie mieli ochotę go wypróbować. Standardowo, jeżeli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach lub na maila. I oby do wiosny:)



31 stycznia 2017

January Mix

 1. Pierwszy dzień roku. 2. Uśmiech proszę! 3. Books lover. 4. Lalo.
 5. Ulubione śniadanie nie tylko w grudniu. 6. Podpłomyk. 7. Pasta. 8. Curry love.
 9. Essentials. 10. Dobre do poczytania. 11. Coffee love. 12. Dobry!
13. Kawa po wietnamsku, nowe uzależnienie. 14. Latte still like you. 15. Leniwe! 16. Nowe idzie.

23 stycznia 2017

Pielęgnacja maluszka

































Ten post na pewno nie będzie skierowany do wszystkich i pewnie znajdą się osoby, które zerkną tylko na zdjęcia i zamkną stronę bloga, ale jestem więcej niż pewna, że znajdzie on też szerokie grono odbiorców:) Przyszłe mamy, matki Polki, ciotki i wujkowie, ten post będzie dla Was i mam nadzieję, że moje dotychczasowe doświadczenie z tym małym wspisem pomoże Wam trochę dobrać odpowiednią pielęgnację dla najważniejszych członków rodziny-maluszków. 
Myślę, że tego pisać nie muszę, bo zapewne wszyscy to wiemy, ale skóra noworodka, niemowlaka i ogólnie dzieci jest bardzo wrażliwa, delikatna, skłonna do podrażnień. Dlatego ważne jest, aby dbać o nią w jak najlepszy, najdelikatniejszy i odpowiedni dla niej sposób. Sama w swojej pielęgnacji staram się wybierać tylko naturalne kosmetyki, które nie zawierają drażniących skóry substancji, oraz z jak najmniejszą listą chemii w składzie. Tymbardziej więc, dobierając pielęgnację dla córki wybrałam świadomie tylko te kosmetyki, których składy są dla mnie jasne, naturalne, przeznaczone dla maluszków od pierwszego dnia ich życia, po prostu bezpieczne. 
Napiszę też od razu, że moja córka nie jest alergikiem, nie ma atopowego zapalenia skóry, ale jest ogromnym wrażliwcem więc każdy drażniący efekt od razu pokazuje się na jej skórze. Natmiast pielęgnacja, którą Wam dziś pokażę jest tą, która u nas się sprawdziła, która sprawdza się nadal i która nam po prostu wystarcza.
Podstawą każdej pielęgnacji niemowlaka i dzieci jest kąpiel. Już do pierwszej domowej kąpieli gdy tylko wróciłyśmy ze szpitala, użyłyśmy naturalnego żelu do mycia ciała i główki firmy Naturativ (stara nazwa firmy to Pat&Rub) z serii Sweet. W obecnej chwili wróciłam do tego żelu i jest to jeden z moich ulubieńców, który mogę polecić naprawdę każdemu. Żel składa się z bardzo łagodnych roślinnych środków myjących, wyciągu z liści oliwek oraz prebiotyku, który redukuje suchość i podrażnienia skóry dziecka. Wystarczy mała ilość żelu, aby umyć ciałko oraz główkę i włosy bobasa. Pachnie delikatnie, gruszką, bardzo łagodnie myje, nie plącze włosków ( Zoja ma już naprawdę długie włosy i nadal się sprawdza). Pozostawia bardzo gładką skórę po kąpieli, nigdy nie zauważyłam, aby przesuszał skórę. Sama stosuję go również do mycia twarzy, sprawdza się naprawdę genialnie, nie podrażnia i nie przesusza cery. Ogromnie go Wam polecam, obecnie korzystamy z tej dużej, półlitrowej butli, jest też dostępny w mniejszej wersji 250 ml. Znajdziecie go TU.
Nasza kolejna rodzima firma, czyli Phenome, również posiada w swojej ofercie kosmetyki dla najmłodszych. Ich emulsja do mycia ciała i główki New Born gościła w naszej łazience raz i dosłownie skradła moje serce, to mój faworyt i najlepszy ze wszystkich żeli do mycia, jakie miałyśmy okazję do tej pory stosować. Bardzo delikatny, składający się wód roślinnych, oleju babasu i wyciągów roślinnych nie tylko myje, ale też nawilża skórę maluszka, koi ją i cudownie pachnie! Wszystko to oczywiście na bazie naturalnych składników, z certyfikatami eco, wydajny. Ma jeden minus, mianowicie cenę. Za 200 ml tego cuda zapłacić musimy 69zł. Nie jest to mało, ale dla wymagających rodziców ogromnie polecam, sama chętnie do niego wrócę. Kupicie TUTAJ
Kolejną firmą wiodącą ostatnio prym w pielęgnacji dzieci jest firma Momme. Kosmetyki ich dostępne są online oraz w Rossmannach. Wszystkie ich kosmetyki opatrzone są także znakiem eco, składniki są wyselekcjonowane i w pełni naturalne. Ich Łagodny żel do mycia 2 w 1 również przewinął się przez naszą łazienkę. Sam żel jest naprawdę bardzo fajny, bo delikatny i dla skóry i włosków, nie podrażnił skóry, nie przesuszył jej. Natomiast mi osobiście nie podoba się do końca zapach tego żelu i z tego powodu raczej już do niego nie wrócę. Ale jest to subiektywna ocena i naprawdę polecam go Wam spróbować, bo sam kosmetyk jest godny polecenia. Szukajcie jak wspomniałam w Rossmannach. 
Na sam koniec znany chyba wszystkim żel do mycia niemieckiej firmy HIPP. Do kupienia w każdym większym sklepie, bardzo popularny. Ale skład ma naprawdę niezły, cenę też przystępną i właściwie nie miałabym mu nic do zarzucenia, gdyby nie to, że pod koniec stosowania tej dużej butelki zauważyłam, że po kąpieli skóra Zoi była delikatnie przesuszona, a sam żel mało wydajny. Z tego też powodu po zakończeniu opakowania postanowiłam do niego nie wracać póki co. Może gdy córka będzie starsza, ale na pewno nie teraz. Jeżeli jednak Wasze dzieci nie mają specjalnie suchej skóry, to i tu nie ma do czego się przyczepić.
Tak jak wspomniałam, po kąpieli przy użyciu powyższych kosmetyków, nie mieliśmy nigdy potrzeby, aby smarować ciało małej czymkolwiek jeszcze. Oliwki, kremy do ciała były po prostu zbędne (oliwka przydała się tylko, gdy pojawiła się ciemieniucha, ale to powszechne zjawisko i dość oczywiste, co z tym robić). Jednak gdy Zoja zaczęła ząbkować, od wkładania rączek do buzi, ciągłęgo używania gryzaków, okropnego ślinienia się (zwłaszcza przy pierwszych ząbkach), jej skóra na policzkach była bardzo podrażniona. Zaczerwieniona, w pewnym momencie zaczęła się delikatnie łuszczyć. Nie pomogły tu niestety naturalne kremy, nie pomogła wspomniana oliwka. Pomógł za to i to bardzo szybko balsam z firmy Avene Xera Calm. Balsam przeznaczony jest do skóry bardzo wrażliwej, ekstremalnie suchej, podrażnionej, atopowej. Działa naprawczo, regenerująco i kojąco. Uwierzcie, że już po jednym dniu smarowania buzi tym kremem, policzki wyrównały się, zaczerwienie zeszło, skóra była gładka, nawilżona i ukojona. Bardzo go Wam polecam, nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych borykających się z AZS. My ten balsam mamy zawsze w domu i wrazie jakichkolwiek nagłych sytuacji po prostu go stosujemy. Szukajcie w aptekach. 
Kolejnym hitem z apteki jest zielona maść Linomag. Polska firma farmaceutyczna jest już na rynku kupę lat i na pewno wielu osobom jest doskonale znana. Nie ma chyba nic lepszego na podrażnioną skórę, na odparzenia odpieluszkowe, nic tak szybko ich nie złagodzi i nie zregeneruje i naprawi uszkodzonego naskórka. Po prostu hit i to w dobrej cenie. 
Na koniec kremy spacerowe i filtry. Tu również postawiłam na znane mi marki. I tak latem korzystaliśmy z mineralnego filtra firmy Naturative (tu jeszcze opakowanie ze starą nazwą Pat&Rub). Filtr przeznaczony jest do bardzo wrażliwej skóry, dla najmłoszych ale też dorosłych. Nie posiada zapachu, jest delikatny, nie podrażnia skóry maluszka i co najważniejsze, nawet w ekstremalnym słońcu, przy wysokich temperaturach zdał egzamin. Skóra była ochroniona w stu procentach, nawet po kąpieli w wodzie nadal wyczuwalny był na skórze (oczywiście po każdej kąpieli nakładamy filr jeszcze raz!). Ogromnie go polecam, myślę, że w przyszłe wakacje również do niego wrócimy. 
Natomiast zimą zeszłego roku, oraz w obecnym sezonie zimowym, do ochrony twarzy używamy kremu Spacerowego na każdą pogodę firmy Momme. Krem ten również posiada filtr, może być stosowany także latem, a zimą chroni buzię dziecka przed mrozem i wiatrem, pozostawiając na niej delikatną, ochronną warstewkę. Dość ciężko się rozsmarowuje, ale niewielka ilość wystarcza do pokrycia całej buźki i trwa na niej przez cały spacer:) 

I to wszystkie kosmetyki, które stosowałam bądź stosuję w pielęgnacji córki. Każdy jest godny polecenia. Pamiętajcie, że jeżeli dziecko nie ma problemów skórnych, nie wymaga specjalnej pielęgnacji, unikajcie nakładania na jego skórę kosmetyków, które są po prostu zbędne. Im mniej, tym lepiej. No i czytajcie składy, przykładajcie uwagę do tego, co kupujecie i w czym kąpiecie oraz czym smarujecie Wasze dzieci.
Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, piszcie śmiało w komentarzach lub na maila. Miałam sporo wiadomości z prośbą o tego typu wpis, więc mam nadzieję, że Wam się spodobał i będzie przydatny!:) 

Plecak Kanken, pingwin osobisty przyjaciel Zoi Cuddle+Kind.

15 stycznia 2017

Phenome Rejuvenating Rose, moja recenzja i KONKURS

































Dziś przychodzę do Was z postem i niespodzianką, którą zapowiadałam Wam jakiś czas temu. Wspominałam Wam na blogu już nie raz, że pielęgnację naszej rodzimej marki Phenome, która produkuje kosmetyki naturalne, z najwyższej jakości składników organicznych, uwielbiam. Za co? Za całokształt. Cudowne, proste opakowania, kilka linii, przeznaczonych do różnego rodzaju skóry, cudowne składy, w pełni naturalne, obłędne zapachy i oczywiście działanie kosmetyków. Czego chcieć i wymagać od pielęgnacji więcej? Dlatego, gdy dostałam od firmy do przetestowania dwa produkty z serii Rejuvenating Rose, wiedziałam, że muszę podzielić się z Wami nie tylko recenzją tych produktów, ale także ich działaniem! 

Seria Rejuvenating Rose przeznaczona jest do skóry suchej, wymagającej silnej regeneracji, do skóry, której brak jędrności, która jest delikatna i wiotka i potrzebuje czegoś, co pomoże jej wrócić do dobrej kondycji. Dodatkowo składniki w tej serii skomponowane są tak, aby opóźniać procesy starzenia się skóry. 
Dla siebie wybrałam dwa kosmetyki z tej serii- scrub do ciała Invigorating Body Buff oraz cudowny, relaksujący olejek do masażu ciała Relaxing Massage Oil. Peeling zapakowany jest w duży słoik, znajdziecie w nim bowiem aż 200ml kosmetyku. Po odkręceniu słoika pierwsze co rzuciło mi się...w nozdrza, to cudowny zapach! Delikatnie różany, ale przeplatany z nutą owocową i słodką. Sam wygląd peelingu przypomina dosłownie pyszną konfiturę! W składzie wszystko co najlepsze: ścierające drobinki, powstałe z rozdrobnionych łupinek migdałów, pestek truskawek oraz płatków róż cudownie acz delikatnie usuwają martwy naskórek, kryształki brązowego cukru masują i ścierają przyjemnie, ekstrakt z liści winorośli działa przeciwstarzeniowo, a wszystko to zatopione jest w cudownych olejach: kokosowym, makadamia i jojoba, co sprawia, że po spłukaniu peelingu nie trzeba już wcierać w skórę balsamu, skóra jest bardzo przyjemnie nawilżona i kusząco pachnąca. Dodatkowo w składzie znajdziemy masło shea, masło shorea z pestek owoców indyjskiego drzewka, oraz naturalny kompleks anti-aging. Stosuję ten peeling dwa razy w tygodniu, lub wtedy, kiedy po prostu mam ochotę na relaksujący, domowy zabieg spa. Skóra po użyciu jest niezwykle gładka, elastyczna, przy regularnym stosowaniu zdecydowanie poprawia się jej wygląd, jest elastyczna, delikatnie ujędrniona. Osobiście uwielbiam ten scrub i z przyjemnością będę do niego wracać.
Olejek do masażu z tej serii jest dla mnie wisienką na torcie. Stosuję go praktycznie po każdej kąpieli, wmasowując powoli od stóp do głów dosłownie w jeszcze wilgotną skórę, następnie delikatnie osuszam skórę ręcznikiem. Można używać go także do dłuższych masaży ciała, również na suchej skórze. Bogaty olejek, w składzie posiada m.in. olejek z róży damasceńskiej, olejek z róży francuskiej, olej winogronowy, olej jojoba, olej ze słodkich migdałów, olej z oliwek, olej arganowy. Wszystkie te wyselekcjonowane oleje składają się na jeden, fenomenalny produkt, który wmasowany w skórę sprawia, że jest ona genialnie nawilżona, zregenerowana, wygładzona, poprawia się jej sprężystość, a zapach, który zostawia na skórze jest mało powiedziane, ale cudowny. Zapakowany w butelkę z ciemnego szkła, mógłby mieć jeszcze wygodniejszy aplikator z pompką, ale nie będę narzekać, bo efekty na skórze są rewelacyjne. Pojemność tego olejku to 125ml, dla mnie to 125 ml czystego luksusu.
Oba produkty są obłędne, oba szczerze polecam, a jeżeli jeszcze nie mieliście okazji ich przetestować, to dziś jest taka szansa!

Razem z firmą Phenome przygotowałam dla Was konkurs, w którym do wygrania są oba te produkty!
Wystarczy, aby w komentarzu pod tym postem zostawić odpowiedź na pytanie:

JAKIE KOSMETYKI ZIMĄ SĄ NIEZBĘDNE W TWOJEJ PIELĘGNACJI I DLACZEGO?

Na Wasze odpowiedzi czekam do piątku 20 stycznia do godziny 20:00, z najciekawszych odpowiedzi wylosuję jedną osobę, do której firma Phenome wyśle ten duet. Wyniki pojawią się najpóźniej do niedzieli 22 stycznia pod tym postem.

Bierzcie udział, bo naprawdę warto! :)


12 stycznia 2017

December Mix

 1. Prezenty od Organicall, cuda. 2. Ten czas. 3. Kawa zawsze. 4. Przyjemności grudniowe.
 5. Czekoladowe wersja świąteczna. 6. Mroźno. 7. Zabawy. 8. Love.
 9. Dla Ladnebebe. 10. Zimowe śniadania. 11. I kawy. 12. Najpiękniejsza książka minionego roku.
13. Trochę lata w zimie. 14. Domowe fish&chips. 15. Jajo. 16. Pasta nawet zimą smakuje najlepiej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...