2 kwietnia 2017

Migawki marca

 1. Wiosna w domu. 2. Tak, to ona. 3. Nowe od Alba1913. 4. Coffee o'clock.
 5. Carbonara z tunczykiem-uzaleznienie. 6. Domowa smakuje zawsze najlepiej. 7. Jabecznik po wlosku. 8. No uwielbiam.
9. Books lover. 10. #molksiazkowy 11. Zabawa. 12. I spanie.
13. 14. 15. Wiosna w outfitach

30 marca 2017

Regenerujący krem dyniowy Fridge 4.4 Face The Green































Ostatnie miesiące były bardzo trudne dla mojej cery. Pociążowe zmiany hormonalne sprawiały, że typ mojej cery zmieniał się praktycznie z tygodnia na tydzień, co uniemożliwiało mi dobranie sobie odpowiedniej pielęgnacji, a ta, która wydawała się być idealnie dopasowana przed ciążą, zupełnie przestała się sprawdzać. Po wszystkich tych przygodach z różnymi kremami, zdaje się, że trafiłam w tej chwili w dziesiątkę, a i moja skóra zdecydowanie uspokoiła się i wróciła do siebie. Z kremu, o kórym dziś będzie mowa jestem tak zadowolona, że zasłużył zdecydowanie na to, aby pojawić się na blogu w tym osobnym wpisie. 

4.4 Face the Green naszej polskiej marki Fridge by yDe to świeży krem regenerujący, nazywany też dyniowym, przeznaczony do skór normalnych, suchych. Świeży dlatego, iż zawiera tylko specjalnie wyselekcjonowane, naturalne i organiczne składniki roślinne, nie zawiera za to żadnych konserwantów czy alkoholu, dlatego przechowujemy go w lodówce, a zużyć musimy go w ciągu 2,5 miesiąca od daty produkcji. O marce Fridge na blogu wspominałam już nie raz, dla osób, które jeszcze jej nie poznały, zapraszam na stronę producenta, tam dowiecie się o całej filozofii świeżości marki. Krem zapakowany jest w szklany słoiczek o pojemności 30 gramów. Myślę, że jak na termin, w którym musimy go zużyć, jest to odpowiednia ilość, tym bardziej, że krem jest bardzo wydajny. Po odkręceniu słoiczka ukazuje się naszym oczom pistacjowy mus. Kolor krem zawdzięcza zimnotłoczonemu olejowi z pestek dyni, który bardzo bogaty w wielonasycone kwasy tłuszczowe dba o to, aby uszczelniać naturalną barierę naskórkową. Wspaniała, piankowa konsystencja kremu, wydaje się być idealnie lekka, cudownie rozprowadza się na twarzy, nie roluje się, wchłania się bardzo szybko, pozostawiając na twarzy wspaniały komfort ukojenia i nawilżenia. Dzięki tej nietypowej konsystencji, krem nie obciąża skóry, idealnie współgra z każdym makijażem, nie wzmaga przetłuszczania cery, ale za to idealnie ją nawilża przez cały dzień, ba, nawilża skórę tak dobrze, że nawet na koniec dnia, po demakijażu moja sucha obecnie skóra nie odczuwa ściągnięcia czy dyskomfortu. Olej z pestek dyni jest bogaty w fitosterole, które odtwarzają ochronną barierę hydrolipidową, a spora obecność skwalenu w kremie stymuluje przenikanie substancji lipidowych przez naskórek i zapewnia regenerację. Za działanie kojące kremu odpowiada z kolei ekstrakt glicerynowy z lnu. Uwierzcie, że to ukojenie czuć natychmiast po posmarowaniu tym kremem twarzy, dosłownie otula się i wycisza, sprawia, że cera jest gładka, nabiera zdrowego kolorytu, jest miękka, elastyczna i odżywiona. Jeżeli chodzi o zapach kremu, jest bardzo delikatny i subtelny, nie podrażni wrażliwych nosów, spełni na pewno wymagania tych wymagających. Ja określiłabym ten zapach jako zielony, po prostu, pachnie świeżością:)

Krem kupić możemy w sklepie online marki. kosztuje 187zł za wspomniane 30 gramów. Jest to wysoka kwota, ale jeżeli Wasza cera jest kapryśna, potrzebuje czegoś co naprawdę ją naprawi, zregeneruje, naprawi, a do tego nie zapcha jej i nie podrażni agresywnym składem, to polecam, skorzystajcie z dobrodziejstwa 4.4, nie zawiedziecie się. 


20 marca 2017

Alba 1913- polska marka z historią!































Polskich firm, produkujących naprawdę dobre, naturalne kosmetyki w naszym kraju jest kilka. Kilka z nich pojawiało się już u mnie na blogu, o każdej wypowiadałam się w superlatywach, chwaląc kosmetyki i zachęcając Was do ich wypróbowania. Nie inaczej będzie dziś. Z małym wyjątkiem. Marka, o której dziś Wam napiszę i przedstawię, jest marką z historią i to nie byle jaką, bo sięgającą roku 1913. Kosmetyki marki Alba 1913, bo o nich dziś będzie mowa, są w pełni naturalne, firma nazywa swoje kosmetyki galenicznymi, co oznacza, że mają działać nie tylko pielęgnacyjnie, ale leczniczo, wykorzystując moc olejków eterycznych w swoim składzie. Szczerze Wam napiszę i uwierzcie mi teraz na słowo, dawno, ale to naprawdę dawno kosmetyki mnie tak nie oczarowały, jak właśnie te!

W 1913 roku powstaje laboratorium w Poznaniu, w którym Mieczysław Rychlicki, zaraz po zakończeniu studiów w Berlinie, zatrudnia się i staje prawą ręką właściciela, od którego po latach odkupuje wszystkie udziały. Mimo wojny i komunistycznego wywłaszczenia, udaje mu się ocalić receptury leków i kosmetyków, które stworzył. W 1945 armia radziecka częściowo niszczy budynki Alby, ale już w 1948 roku Mieczysław Rychlicki odbudowuje firmę i wznawia jej działanie. Niestety, w 1952 roku ponownie firma zaprzestaje swojej działalności, władze komunistyczne wywłaszczają budynek Alby, aby produkować w nim zamki do drzwi. Po wielu latach, synowa Mieczysława Rychlickiego, Katarzyna Rychlicka, specjalistka w technologii farmaceutycznej , mieszkająca z mężem i dziećmi we Włoszech, postanawia reaktywować rodzinną firmę. Katarzyna zakłada z początku laboratorium we Włoszech, aby w 1992 roku uruchomić firmę w rodzimym Poznaniu. Od roku 2006 prezesem firmy jest syn Katarzyny Rychlickiej, Łukasz Rychlicki, do którego w roku 2008 dołączył brat Jan Jakub Rychlicki, który pięć lat później został wiceprezesem ds. IT.  Jak widzicie, firma naprawdę przeszła wiele, aby znaleźć się tu, gdzie jest w tej chwili, ale co najważniejsze, zachowała receptury, które pozwoliły jej zaistnieć na rynku. 

W kosmetykach marki tematem przewodnim są olejki eteryczne i fitoterapia. To czuć w każdym ich produkcie i to naprawdę działa!

Miałam przyjemność wypróbować box z bestsellerami marki. Na początku chcę zaznaczyć, że w tej marce wszystko dopięte jest na ostatni guzik, każdy szczegół jest dopracowany, począwszy od opakowań, strony internetowej marki, jak i produktów samych w sobie i ich działaniu. Dla mnie ogromny plus i ogromne wrażenie! W pięknie zaprojektowanym pudełku, znalazłam scrub do ciała, bogate masło do ciała, bogate masło do stóp, krem do zmęczonych nóg, oraz krem do rąk. Masło do ciała, scrub i chłodzący krem do nóg występują w pojemności tzw. Travel Size, które pojedyńczo w tej, jak i w pełnej pojemności można kupić osobno w sklepie online marki. Krem do rąk oraz regenerujący krem do stóp występują tu w pełnej objętości. 
No.11 Cukrowy peeling do ciała cechuje się bardzo drobnymi (ale jakże dobrze ścierającymi!) drobinkami, zatopionymi w oleju sezamowym, kokosowym i olejku grejpfruta. Jest bardzo gęsty i bardzo ładnie wygładza skórę, usuwając z niej martwy naskórek, pozostawiając ją ujędrnioną, bardzo elastyczną i gładką. Po użyciu peelingu nie ma potrzeby nakładania balsamu, scrub pozostawia dość konkretną warstwę ochronną, która idealnie nawilża i regeneruje skórę. Pachnie ziołowo, cytrusowo, bardzo relaksująco! To świetna odmiana od gruboziarnistych, cukrowych scrubów. 
No.2 Odżywcze masło do ciała to mój osobisty hit! Genialnie nawilżające, silnie regenrujące, samo nakładanie tego masła to czysty relaks, a zapach i efekt, jaki daje na skórze, to już po prostu bajka. W składzie między innymi ekstrakt centelli azjatyckiej, który działa ujędrniająco i poprawia koloryt skóry, masło shea, olej kokosowy, olej sezamowy oraz olejek lawendowy i melisowy, które pomagają odprężyć się i zrelaksować. Masło przypomina mi trochę wosk, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, bardzo ładnie się rozprowadza i bardzo ładnie wchłania się w skórę, pozostawiając jednak lekką warstewkę ochronną, dlatego stosuję je raczej wieczorem. Skóra po nim jest bardzo gładka, pięknie nawilżona, nawet po całej nocy czuć, że jest naprawdę zregenerowana. A zapach? Otula, relaksuje i uprzyjemnia całą pielęgnację, dla suchej skóry bomba!
No.6 Galeniczny krem do przemęczonych nóg zostawiam sobie na lato, wiem, żę będzie w tym okresie niezastąpiony. Dzięki ekstraktowi z kasztanowca, cytryny zwyczajnej, ekstraktu nawłoci pospolitej i ekstraktu ruszczyka kolczastego sprawia, że nogi odzyskują lekkość, krem daje świetny efekt chłodzący, który dość długo utrzymuje się na nogach, do tego pięknie pachnie i świetnie przy okazji nawilża skórę. Czuję, że latem będzie hitem u wielu osób:)
No.10 Galeniczny regenerujący krem do stóp to mój kolejny hit po maśle do ciała, bez którego nie wyobrażam sobie wieczornej pielęgnacji. Bardzo odżywcze masło do stóp silnie je nawilża, regeneruje i koi przesuszone pięty, idealnie relaksuje. Rano budzimy się z wygładzoną skórą stóp, nawilżoną i bardzo gładką. W składzie masło kakaowe, olej kokosowy, olejek oregano i tlenek cynku. Zapach jak przy wszystkich kosmetykach Alby, obłędny i bardzo relaksujący. 
No.1 Galeniczny krem do rąk do codziennego użytku gości u mnie już drugi raz. To bardzo lekki w swojej konsystencji krem, który bardzo ładnie nawilża skórę dłoni, szybko się wchłania i pozostawia dłonie gładkie, nawilżone i cudownie pachnące. W składzie ekstrakt z nagietka, masło shea, olej migdałowy i olejek z pomarańczy słodkiej. Świetna pojemność, która idealnie sprawdzi się do torebki. 

Wszystkie te kosmetyki określane są jako galeniczne, we wszystkich znajdziemy olejki eteryczne, które dbają o cudowne zapachy i działanie tych kosmetyków. Po użyciu każdego z nich czujecie się, jak w najlepszym SPA, moim zdaniem te olejki w składzie działają cuda. 
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona efektami tych kosmetyków i mam ochotę na więcej. Jak wieści głoszą, niebawem marka wprowadza na rynek galeniczne nowości do pielęgnacji twarzy. Ja osobiście nie mogę się doczekać!
Całą historię marki oraz ich kosmetyki, w tym box z bestsellerami, możecie znaleźć w sklepie online TU. Bardzo Was zachęcam do poznania tych kosmetyków, nie będziecie żałować.


16 marca 2017

Ulubione kosmetyki lutego






























W tym miesiącu naprawdę spóźnieni, ale są! Ulubieńcy lutego, już Wam ich przedstawiam, bo same tu perełki i same wspaniałości. Po tym jak aparat na chwilę odmówił współpracy, wracam do robienia zdjęć i do postów, oby ten przestój został zażegnany. 
W lutym nie pojawiły się u mnie żadne nowości w kolorówce, także po raz kolejny skupiam się tylko na ulubionej pielęgnacji.

REN Clarimatte Invisible Pores Detox Mask do której wróciłam po dłuższej przerwie. Jak ja uwielbiam tą maskę, no nie ma sobie równych w jej kategorii. To silnie oczyszczająca maseczka do twarzy, która za zadanie ma zmniejszyć rozszerzone pory, oczyścić cerę, rozjaśnić ją i przywrócić jej blask. Przeznaczona jest do skór tłustych, problematycznych, jednak na mojej suchej, nałożona raz w tygodniu, czyni cuda. Skóra po niej jest gładka, czysta, drobne zmiany znikają na dobre, cera jest przyjemnie zmatowiona. Jeżeli lubicie glinkowe maseczki, bardzo ją Wam polecam. Mój numer jeden bez dwóch zdań!

Phenome Enlivening Facial Toner to nowa pozycja wśród toników w mojej pielęgnacji. I jakże udana! Do tej pory moim ukochanym tonikiem był ten łagodzący z firmy Naturativ, jednak postanowiłam wypróbować tonik z oferty naszej rodzimej marki Phenome. Nie zawiodłam się, jak w przypadku większości kosmetyków tej firmy, które miałam okazję dotychczas stosować. Tonik cudownie zmiękcza skórę, odświeża ją, koi i przywraca jej odpowiednie Ph. Cudownie pachnie. I najważniejsze-nawilża skórę jak krem! Butelka wyposażona jest w bardzo wygodny atomizer, można spryskać nim bezpośrednio skórę twarzy, bądź nasączyć nim płatek i przetrzeć twarz. Ja stosuję oba sposoby, oba się sprawdzają. Genialny produkt!

Fridge 4.4 Face the green to kolejna nowość w mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Kolejny bardzo udany debiut, który zostanie ze mną na pewno na dłużej. Zielony (dosłownie!) krem, puszysty jak mus i lekki jak pianka..a nawilża skórę lepiej, niż masło shea! W składzie olej z pestek dyni, skwalen, ekstrakt glicerynowy z lnu. Wszystko to sprawia, że moja sucha skóra jest idealnie zregenerowana, nawilżona przez cały dzień, wygładzona. Pachnie bardzo delikatnie, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry, nie zapycha jej. Idealnie sprawdza się także pod makijaż. No cudo, a do tego tak świeże, że trzymać należy go tylko w lodówce i zużyć w ciągu 2,5 miesięcy. 

Alba1913 Galeniczny regenerujący krem do stóp to moje odkrycie, jak zresztą marka Alba 1913, o której więcej napiszę Wam w kolejnym poście. Krem za zadanie ma silnie odżywić stopy, wygładzić je, nawilżyć i sprawić, że będą miękkie i zadbane. Mało który krem do stóp spełnia moje oczekiwania, ten wstrzelił się w mój gust i moje wymagania w stu procentach. Bardzo silnie nawilża stopy, natłuszcza je, do tego zawartość olejków eterycznych sprawia, że cały proces masażu jest jest ogromną przyjemnością. Plus za mega wydajność, osobiście mój hit. 

Alba1913 Galeniczne odżywcze masło do ciała, kolejny hit z tej polskiej marki. Bazuje na maśle shea oraz olejach, kokosowym i sezamowym, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, który nałożony na skórę, silnie ją nawilża, koi, natłuszcza i regeneruje. Bogaty, pozostawia po sobie ochronną warstwę na ciele, ale uwierzcie mi, warto nałożyć go na noc, aby rano cieszyć się skórą odżywioną, pachnącą, nawilżoną i zregenerowaną. Zapach-cóż, poczujecie się jak w SPA.

Davines MOMO maska regenerująca do włosów suchych to w moim przypadku mus, stosowany raz, dwa razy w tygodniu. Choć z nazwy odżywka, na moich delikatnych i cienkich włosach idealnie sprawdza się w roli maski. Bardzo silnie odżywia suche i zniszczone włosy, wygładza je ale bez efektu obciążenia, sprawia, że łatwo się rozczesują. Bardzo ładnie pachnie, jak chyba wszystkie produkty tej firmy. Naprawdę przyjemny produkt. 

I to wszystkie hity minionego miesiąca. Mam nadzieję, że któryś kosmetyk zwrócił Waszą uwagę i zaciekawiłam Was swoimi wyborami. Dajcie znać w komentarzach, co chętnie byście przetestowali!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...